Mandaryna o występie w Sopocie w 2005 roku. Żałuje, że...

Po prawie trzynastu latach od pamiętnego występu w Sopocie piosenkarka opowiedziała, jak wyglądało to z jej perspektywy. Mandaryna bardzo długo nie mogła poradzić sobie po porażce na scenie Opery Leśnej.

Choć od niechlubnego występu Mandaryny w Sopocie w 2005 roku minęło już prawie trzynaście lat, to wydarzenie – na nieszczęście dla piosenkarki – wciąż wszyscy doskonale pamiętają. Dziś jednak więcej osób podchodzi do wpadki Marty Wiśniewskiej ze znacznie większym dystansem. Można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że to właśnie to wydarzenie miało wpływ na tak pozytywny wizerunek piosenkarki zwłaszcza wśród młodszych pokoleń, które dzięki sile Internetu w dużym stopniu przyczyniły się do niedawnego powrotu Mandaryny na scenę.

Po trzynastu latach Marta Wiśniewska zdecydowała się wrócić do trudnych wspomnień z przeszłości. W udzielonym ostatnio portalowi WP wywiadzie wyznała, że dziś – z perspektywy czasu – w takiej sytuacji zachowałaby się zupełnie inaczej. „Jak Adele”.

„Nie miałam wtedy możliwości, żeby przykręcić odsłuch, usłyszeć chórzystki czy ludzi grających na instrumentach, bo musiałabym po prostu zejść ze sceny” – wspomina. „Teraz, jak chociażby Adele, powiedziałabym: „Przepraszam państwa, nic nie słyszę, chciałabym przerwać, żebym mogła usłyszeć swoje chórki, swoich muzyków”, i zeszłabym ze sceny. Wtedy, tego nie zrobiłam, ale tak jak mówię, człowiek uczy się na błędach. Po latach” – mówi Mandaryna.

Choć piosenkarka długo nie mogła poradzić sobie z traumą po feralnym występie z 2005 roku, dziś deklaruje, że Sopot to już dla niej zamknięta sprawa. „To były dosyć bolesne dni, nie chcę do nich wracać. To nie wyglądało tak, że nakleiłam sobie plaster na serce, otrząsnęłam się, założyłam nową parę dżinsów i wyszłam na ulicę. Ja to bardzo przeżyłam, a głównie fakt, że zastanawiałam się, jak to mogło tak bardzo wymknąć się spod kontroli” – powiedziała piosenkarka.

Autor: Maria Staroń

Komentarze
Czytaj jeszcze: