Byli pewni, że nie żyje. Jean Hillard wyzdrowiała po ekstremalnej hipotermii

Przypadek Jean Hillard dla jednych jest boskim cudem, dla innych ekstremalnym szczęściem. Kobieta przeżyła po tym, jak pozostawała nieprzytomna przez sześć godzin przy temperaturze minus trzydziestu stopni Celsjusza. Lekarze początkowo byli pewni, że nie żyje. Wtedy wydarzyło się coś nieprawdopodobnego.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Ekstremalny mróz i tragiczny powrót do domu

Przypadek Jean Hillard do dziś powraca w dyskusjach o tym, jak wiele potrafi znieść ludzkie ciało. Wszystko wydarzyło się 20 grudnia 1980 roku w Minnesocie. Kobieta wracała z imprezy u przyjaciół. Prowadziła samochód pod wpływem alkoholu i podczas przejazdu przez jedną z wsi wpadła do rowu. Pojazd nie był w stanie ruszyć dalej, więc Jean wyszła z niego i ruszyła w stronę domu swojego kolegi, by poprosić o pomoc.

Hillard była ubrana bardzo lekko, dodatkowo po wypadku odniosła obrażenia. Na zewnątrz było minus trzydzieści stopni Celsjusza. Błędnie oszacowała odległość do domu przyjaciela. Kilka metrów przed celem wędrówki upadła i straciła przytomność.

„Jak kawałek mięsa z zamrażarki”

Jean leżała nieprzytomna na zewnątrz przez sześć godzin. Dopiero po tym czasie jej przyjaciel, Wally Nelson, dostrzegł ją przed swoim domem. Natychmiast zabrał kobietę do szpitala, był jednak pewien, że ta nie żyje – widać było znaki ekstremalnej hipotermii, w tym poszarzałą twarz, przeszklone i zimną, twardą skórę.

Lekarze w szpitalu również nie mieli wielkich nadziei. Lekarz George Sather, który ją przyjmował, nie był w stanie nawet wbić igły w zamarzniętą skrórę:

Ciało było zimne, całkowicie twarde, jak kawałek mięsa wyjęty z zamrażarki.

W szpitalu stwierdzono zgon Jean Hillard. Rozpoczęto przygotowania do sekcji zwłok – trzeba było ogrzać zamarznięte ciało. W tym celu użyto poduszek elektrycznych i koców. Jedna z pielęgniarek w pewnym momencie jednak… wyczuła puls kobiety. Słaby, wynosił około 12 uderzeń na minutę. Wtedy pojawiła się nadzieja.

Dlaczego Jean przeżyła?

Minęło kilka godzin, a Jean Hillard odzyskała przytomność. Lekarze wahali się czy nie będzie konieczna decyzja o amputacji kończyn w obawie przed martwicą. Wyniki badań były jednak bardzo obiecujące, a po kilku dniach kobieta powróciła do pełnej sprawności. Wyszła za mąż i urodziła dzieci, choć dziś jest już po rozwodzie. W momencie wypadku miała zaledwie dziewiętnaście lat.

Do dziś nie jest do końca wiadome, dlaczego Jean w ogóle przeżyła. Tak ekstremalny przypadek hipotermii, gdzie temperatura jej ciała spadła aż o ponad 10 stopni poniżej zdrowej normy, z dużym prawdopodobieństwem powinien doprowadzić do jej śmierci.

Uratował ją alkohol?

Mówi się jednak, że stan upojenia alkoholowego pomógł Hillard – to on zapobiegł zamarzaniu w obrębie ważnych organów wewnętrznych. Dodatkowo sama temperatura ciała nadal była znacznie powyżej zera – wynosiła ok. 27 stopni. Przepływ krwi został zwolniony, zapotrzebowanie na tlen obniżone. Organizm „przestawił się” w tryb podtrzymywania życia, podobnie jak u niedźwiedzi w czasie hibernacji.

Przypadek Jean Hillard pozostaje wciąż jednym z najciekawszych w historii medycyny i pokazuje, jak zadziwiające potrafią być mechanizmy ludzkiego ciała.

Oceń ten artykuł 0 0